|
|
Rodzinna historia lęku - fragment
EPILOG
Granica października i listopada zaciera się. Na spojeniu jesieni z zimą święto grobów. Nie zmarłych, ci są ze mną, ale grobów właśnie. Trzeba je czyścić i polerować dla żywych. Żeby widzieli, że nie są opuszczone. Polski obyczaj, oswojony od lat. Poddaję się temu, sprzątanie uspokaja, w słodkim zapachu palonych świec, w słupie migotliwego powietrza poruszamy się jak polepieni czadem. Dzieci swoich zmarłych. Grzebiemy rękami w ziemi jak w piaskownicy. Układamy chryzantemy i świerkowe gałęzie. Bawimy się razem. Wszyscy Święci.
Groby zarośnięte czasem nie przestają mówić.
Nie mam wątpliwości, że ich tam nie ma. Obleczeni w stroje z kamienia, kamienieją w pomniki, a one osłaniają prawdę. Coraz mniej ich tam, coraz więcej we mnie. Obecni w końcu tylko w nas, jeśli obecni.
Do dziadka z Żeną. Cmentarz na Wólce.
Do babci z mamą. Cmentarz w Otwocku.
Do Frani sama. Cmentarz Bródnowski.
Do Łodzi. Wieczne odpoczywanie.
Zostali. Żena i Oleś.
Żenie oddychać coraz trudniej. Źle śpi, a kiedy się budzi, często nie wie, gdzie jest. Czasem jej się wydaje, że w grobie, czasem nie może uwierzyć, że tak łatwo poszło. Rozprostowuje ramiona, luźno, sięga rękami, nie czuje chłodu. Oddycha. Jeszcze nie. W każdej chwili. Już nie prosi, żeby tej książki nie pisać. Zamilczała ją.
Oleś nie wychodzi z domu. Zamyka się na kilka zamków, nie pozwoli się napaść ani oszukać. Od lat nie włożył zakurzonych kapeluszy borsalino. Walają się na półce w przedpokoju. Powtarza: „Nie dotykaj tego wątku. Nie zdajesz sobie sprawy z polskiego antysemityzmu. Pamiętaj — powtarza — może to nie jest czynny antysemityzm, może nie aktywny, ale wystarczy choć trochę poskrobać, zaraz ożywa”. Sprzeciwiam się, może bardziej z przekory niż z przekonania. „Kiedy tak, wujku, skoro tak sądzisz, to może trzeba było opuścić ten kraj?” „Kraj?”, zamyśla się. „Chyba całą planetę. Tak jest na całym świecie. Uważaj, to na pożegnanie, książka jest jak głos na mównicy, nigdy nie wiesz, w czyje ręce trafi”.
Słyszałam już podobne przestrogi, także od tych, którzy nadal nie chcą się ujawnić.
Mama jest przerażona. Ojciec każe rozważyć sprawiedliwie racje jednych i drugich.
I tylko Maryś w Bostonie nie może się doczekać na historię rodzinną w moim wykonaniu. Mirka, łęczycka przyjaciółka Przedborskich, dzwoni z Tel Awiwu, pytając, czy dożyje publikacji.
Wyjazd uwolnił ich od tego lęku.
Ta książka nie ma zakończenia, ponieważ dzieje się dalej. Nie ma zakończenia również dlatego, że nie chcę dokonać wyboru jednego dziedzictwa. Oba — polskie i żydowskie — żyją we mnie. Oba mnie tworzą. Nawet jeśli ze sobą walczą i jedno oskarża drugie — do obu należę. I niech tak zostanie.
Mam jedno marzenie. Nie wiem, marzeniem je nazywać czy życzeniem. Chciałabym mieć ich wszystkich przez chwilę w jednym pokoju. Chciałabym, żeby zjawili się wszyscy. Wszyscy, których nie miałam, których nie znałam, których mi zabrano, zanim mogłam ich poznać, albo zamilczano, żebym nie wiedziała. Niech przyjdą teraz do mnie. Babcia Jecia z Henrykiem, jej matka Salomea Herman z mężem typografem, który zmarł młodo, jej dzieci, ich dzieci. Bracia ich ojca, siostry, babki, wszyscy, wszyscy razem, na wielkie spotkanie. Niech wyjdą z ciszy, z nicości, z nieistnienia. Z dymu, z grobu, z niepamięci. Zapraszam was do siebie. Do mnie. Do mojego dziecinnego pokoju, którego nie odwiedzaliście. Gdzie was brakowało. Gdzie pusta przestrzeń, gdzie milczenie. Tam, gdzie tęskniłam za wami, nie wiedząc nawet o waszym istnieniu.
Jestem i czekam. |