|
|
Rodzinna historia lęku - fragment
RODZICE
Kiedy wybuchła wojna, moja mama skończyła osiem lat. Dwa lata później chodziła ulicami getta, szukając zielonych drzew. Mur oddzielający dzielnicę żydowską od polskiej był wysoki. Musiała zadzierać głowę, a i wtedy okalała niebo ciasna rama z kolczastego drutu i tłuczonego szkła. Znała kilka miejsc, z których udawało się popatrzeć z daleka na Ogród Krasińskich po drugiej stronie. Lubiła myśleć o tym ogrodzie, wiedziała, że spacerowała tam czasami jej ciotka, Frania, z nowo narodzonym synkiem w wózku. Mówiono, że jest po drugiej stronie, bo ma dobry wygląd.
Latem 1942 roku moja mama opuściła getto. Nie wolno jej było chodzić po ulicach. Swoje dwunaste urodziny spędziła sama w piwnicy na Żoliborzu, w tym samym domu, gdzie mieszkała przed wojną ze swoim ojcem. Bała się. Godzinami czytała przy świecy. Mówiono, że ma niedobry wygląd, więc zmieniono jej imię i nazwisko, a potem nauczono zmieniać kolejne kryjówki i o nic nie pytać. Nauczono też modlić się ze znakiem krzyża.
W lipcu 1944 roku przyjaciele jej ojca, Szymona wysłali ją na kolonie dla sierot do Wilgi. Nazywała się tam Alisia Szwejlis. Jej mama odwiedziła ją raz. Przyszła do niej pieszo z Otwocka, gdzie pracowała w pensjonacie pani Czaplickiej. Nie mogła jej wtedy zabrać, ale obiecała, że wróci najszybciej, jak będzie mogła. Nie wróciła. Ani po ucieczce Niemców. Ani później, kiedy opiekunowie przyjeżdżali po swoje dzieci.
Po pięciu latach moja mama po raz pierwszy zdecydowała się spojrzeć w lustro. Spodobała się jej dziewczynka, którą zobaczyła. „Piękna Halusia”, powiedziała. „Piękna Halusia”, powtórzyła.
Z wojny nie ocalało nic. Prócz życia i lęku.
Mój ojciec skończył siedem lat, kiedy zaczęła się wojna. Mieszkał z rodziną w domu swojego dziadka w Łodzi. Miał jasne włosy i niebieskie, bystre oczy. Na zdjęciu z pierwszej komunii z maja 1940 roku wygląda zdrowo. Stoi wśród kwitnących drzew, z naręczem kwiatów, w porządnym garniturze z krótkimi spodenkami i w koszuli z wykładanym kołnierzem. Obok niego matka, Marianna, w kostiumie z białą lamówką i w niewielkim kapelusiku na głowie.
Z wojny wyniósł przekonanie, że przy odrobinie szczęścia poradzi sobie w życiu.
Mogłoby być odwrotnie. To ojciec mógł czytać w piwnicy i bać się ciemności, a mama stać w sukience do komunii w jakimś przykościelnym parku. Chłopcu trudniej byłoby się uratować. Mama byłaby jasna, a ojciec czarny.
Kto kogo zauważył pierwszy?
Czy ona jego, szczupłego blondyna o niebieskich oczach? Czy on ją, drobną brunetkę o ciemnym spojrzeniu? I gdzie to było? Na dziedzińcu uniwersytetu czy na zebraniu ZMP, w dziekanacie czy na wykładzie? To stało się szybko, jakby oboje na to czekali. Więc może na materializmie dialektycznym albo na historii? Niech będzie, że na historii. Nikt nie wie, jak i kiedy, ale wszyscy pamiętają, że szybko byli parą.
Był jej pierwszym chłopakiem, ona jego pierwszą dziewczyną. Niemal od razu wszystko mu o sobie powiedziała. Jeździli na grób jej matki do Otwocka. Przyrzekł, że się nią zaopiekuje.
Kasprzaka 9. To był nasz pierwszy adres. Pierwszy, jaki pamiętam. Pierwszy, jaki wypisywałam na kopertach jako adres nadawcy. Ale nie przypominam sobie pól dookoła Zakładów Radiowych imienia Marcina Kasprzaka, podmiejskiego pejzażu, płaskiego horyzontu. To jest na fotografiach z dziewczynką, która ledwie uczyła się chodzić.
Moi młodzi i szczęśliwi rodzice wprowadzili się do nowego osiedla w centrum przemysłowej Woli w końcu 1957 roku.
Podobno istniała możliwość zamieszkania na Żoliborzu, w starej, inteligenckiej dzielnicy, cenionej przez warszawiaków, ale to wymagałoby czekania. Zrezygnowali. Spieszyło im się do siebie. Nie przeszkadzało im sąsiedztwo fabryki lamp i wytwórni leków. Nie kaprysili. W perspektywie ulicy widzieli Pałac Kultury i Nauki, dar ZSRR dla Warszawy. Nie było dla nich lepszych czy gorszych adresów, był jeden — wspólny.
A może mama wolała być daleko od swojego przedwojennego, żoliborskiego podwórka na IV Kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, może nowe życie wymagało nowego początku i odcięcia wspomnień. Może gdzieś podświadomie była zadowolona z obcego otoczenia, z sąsiadów tramwajarzy i ślusarzy. Nikt jej nie znał i ona nikogo nie znała. To miał być przecież jej polski adres.
Na Kasprzaka była żoną swojego polskiego męża i matką niebieskookiej córki. Zawsze.
Jeszcze nie umiałam mówić, kiedy na pytanie, gdzie jest tata, pokazywałam na radio.
„Tu helikopter, tu helikopter, mówi Bogdan Tuszyński”, tak rozpoczynał relacje z kolejnych etapów dorocznego kolarskiego Wyścigu Pokoju na trasie Warszawa–Berlin–Praga. Głos mojego ojca znała cała Polska.
Sport był wówczas sprawą narodowej wagi. Może z braku innych patriotycznych spełnień ten wyścig kolarski pasjonował wszystkich — dorosłych i dzieci. Wydawało się, że przez całe lata sześćdziesiąte w ciągu tych dwóch majowych tygodni nie działo się w kraju nic ważniejszego. Mężczyźni gromadzili się przed głośnikami na ulicach miast, słuchając transmisji z górskich premii i lotnych finiszów. Głos z radioodbiorników nastawionych na cały regulator w każdym niemal mieszkaniu odbijał się echem na osiedlowych podwórkach. Na moim także. Zewsząd dochodził głos mojego ojca. Napięcie sięgało zenitu tuż przed metą. Miliony Polaków wstrzymywały oddech. Gdy był w dobrym humorze, pozdrawiał mnie na zakończenie.
Relacje ojca z kolejnych etapów zmagań polskiej drużyny były czymś więcej niż tylko sprawozdaniem ze sportowego widowiska. Stawał się wyrazicielem zbiorowych uczuć, twórcą narodowej legendy. Dzielenie wspólnych emocji zbliżało go do słuchaczy i sprawiało, że czuli się sobie bliscy. Traktowano go jak swego. Ojciec, niewiele po trzydziestce, stał się postacią popularną w całym kraju. Gdzie tylko się pojawił — w sklepie, na poczcie, w kawiarni — poznawano go po głosie. Byłam z tego dumna.
Pamiętam kilka jego nocnych powrotów z daleka. Budził mnie wtedy, siadałam rozespana na podłodze, a on rozpakowywał pachnące dalekim światem walizki. On sam wydawał się inny, jakby miejsca, które odwiedzał, zostawiały na nim własne ślady. Trzeba było się od nowa do niego przyzwyczajać, do jego zapachu i dotyku rąk, a wtedy odjeżdżał znowu. Ojciec zawsze był w drodze.
|